Sweetwater
tennessee


na forum mamy
grudzień


pogoda

Dni stawały się coraz krótsze, a noce chłodniejsze. Temperatury raz wzrastały, do nawet 20 stopni, tylko po to, aby po kilku dniach spaść gwałtownie do 12. Nad ranem nad całym miasteczkiem utrzymywały się mgły, dopełniając malowniczy, jesienny pejzaż Sweetwater.
Korzystając z czasu hucznych przygotowań do najmagiczniejszego czasu w całym roku, Pastor namawiał do dzielenia się swoimi dobrami z innymi. Współpracując ze Ślicznotkami, ogłosił loterię świąteczną. Z pieniędzy uzbieranych dzięki kupnie losów, zorganizowana została uroczysta kolacja bożonarodzeniowa w sierocińcu dla wychowanków oraz dla samotnych, starszych osób. Nagrody zapewnili szczodrzy mieszkańcy Sweetwater, którzy postanowili wesprzeć wielebnego Crimsona w jego staraniach. Dzięki nim można było wygrać liczne upominki, rabaty, a nawet weekend w letniskowym domku rodziny Westwoodów nad jeziorem Watuga.
  • 03/12 Kto wygra wybory? Starcie Westwooda z Hayesem zbliża się wielkimi krokami.
  • 01/09 Serdecznie witamy wszystkich w Sweetwater!
  • 1. James Maier
    10 punktów

    2. Bonnie Westwood
    8 punkty


    3. imie i nazwisko
    0 punktów

    4. imie i nazwisko
    0 punktów

    5. imie i nazwisko
    0 punktów

    Kinga

    ADMIN

    Iza

    ADMIN

    Ofe

    ADMIN


    Lola

    ADMIN

    Magda

    HELP

    Kas

    HELP


    -

    -

    -

    -
    the crew
    .


    Poprzedni temat «» Następny temat
    Łagodny szlak
    Autor Wiadomość
    SWEETWATER



    99

    zawsze
    w sweetwater od?

    piję whiskey
    zajęcie

    uprawiam kukurydzę
    uczucie

    sweetwater

    the crew

    Wysłany: 2018-08-02, 20:46   Łagodny szlak

     
     
    Liam Carter



    35

    urodzenia
    w sweetwater od?

    właściciel farmy
    zajęcie

    Już sam nie wie co i do kogo
    uczucie

    Liam Carter

    gentleman jack

    Wysłany: 2018-10-10, 19:17   
       IMIE / NICK: To ja
       MULTIKONTA: Bill Colby


    Wysiadłwszy z auta, które miało pozostać przez cały dzień - i najpewniej również noc - na dzikim parkingu pod miasteczkiem, raz jeszcze upewnił się co do tego, że zabrał ze sobą wszystko to, co mogło się im przydać w czasie wyprawy na łono natury. Nie śpieszył się szczególnie. Dokładnie sprawdził kieszeni swoich spodni, upewnił się również w tym, że na pewno wszystko, co planował zabrać, znajdywało się w starym plecaku. Jeśli Lucille w tym czasie okazywała, w jakiś sposób swoje zniecierpliwienie, to zdawał się nie zwracać na to uwagi. Musiała się do niego dostosować. Przynajmniej ten jeden raz.
    Kiedy miał już pewność, że mogą wyruszyć, posłał jej szeroki uśmiech.
    - Gotowa na przygodę? - Rzucił, raczej wesołym tonem głosu. Najwyraźniej perspektywa wyruszenia tym szlakiem do miejsca, które było jednym z jego ulubionych, naprawdę pozytywnie na niego wpływała. Zdawał się być naprawdę zadowolony, w dobrym humorze. Ale czy można było się mu dziwić?
    Początek trasy, którą mieli się poruszać, znajdywał się kilka metrów od parkingu. Naprawdę blisko, także Palmer mogła mieć nadzieje, że nie będzie zbyt dużo do chodzenia. Bo w końcu skoro był w stanie zaparkować aż tak blisko, to może i całą trasę zamierzał pokonać możliwie najszybciej? Nic bardziej mylnego! Mimo, że nie zabierał ją na wycieczkę wzdłuż najtrudniejszego spośród tutejszych szlaków, to jednak wybrał jeden z tych cholernie długich. Co gorsza, istniała w dodatku druga, o wiele łatwiejsza trasa, która mogła doprowadzić ich do tego samego celu. Sam jednak nie przepadał za nią, więc nawet o takiej możliwości dziewczyny nie poinformował. Nawet nie przeszło mu to przez myśl.
    Leśny szlak był łagodny i bardzo szybko można było się zorientować, iż stopniowo wznosił się ku górze. Idąc, trzeba było patrzeć pod nogi i uważać na wystające dosłownie zewsząd korzenie, o które ktoś nieostrożny mógł się potknąć. Problematyczne ponadto mogły się okazać również liczne kamienie, a także innego rodzaju nierówności. Czasami zdarzało się, iż droga była przez krótką chwilę zupełnie prosta tylko po to, żeby cholernie mocno zaskoczyć Ciebie w tej chwili, gdy znajdywałeś się nagle na odcinku, który cechował się tym, iż bez pomocy rąk oraz ostrożnego zsuwania się ku dołowi bądź wspinania ku górze, nie sposób było go pokonać. Miało to jednak swój urok.
    - Miałaś już kiedyś okazje podróżować jakimś trudniejszym szlakiem? - Zapytał, oczywiście w porę! No ale chciał jednak zacząć z nią jakąś rozmowę. W końcu tak będzie im się szło razem o wiele raźniej, niż gdyby mieli milczeć. Spojrzał na nią, upewniając się, czy aby przejście przez dość wąski i stromy fragment drogi, nie sprawia jej problemu. Ostrożnie trzeba było tutaj stawiać stopy, jedna za drugą. W razie czego był gotowy jej udzielić pomocy.
     
     
    Lucille Palmer 



    25

    Września
    w sweetwater od?

    Pomagam na farmie Skauta
    zajęcie

    I nawet nie chcę chcieć nikogo, oprócz Niego
    uczucie

    Lu Palmer

    tennessee honey

    Wysłany: 2018-10-10, 19:43   
       IMIE / NICK: Lu
       MULTIKONTA: Carol Colby


    Kiedy wysiedli z samochodu i Liam podał dziewczynie plecak, ta zarzuciła go sobie na ramiona i poprawiła koński ogon, rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. Pierwsze, co rzuciło się w jej oczy, a właściwie dobiegło do jej uszu to cisza. Las leniwie bujał się w rytm wiatru, szeleszcząc liśćmi i dodając cichej melodii przygrywającym w letnim słońcu ptakom. Postąpiła kilka kroków do przodu, odwracając się i zerkając przelotnie w kierunku mężczyzny. Nie przeszkadzało jej to, że się szykował i robił to niezwykle wolno. Dzięki temu miała możliwość przyjrzeć się wszystkiemu z dokładnością. Zarejestrować, w którym miejscu niektóre z sosen porośnięte były mchem oraz to jak olbrzymie szyszki znajdowały się przy wejściu na szlak. Dostrzegła również niewielkie ruchy w zaroślach, by zaraz z nich wyskoczyła niewielka wiewiórka o brązowo-rudej barwie i patyczkiem w pysku. Okrążyła dębinę i wlazła na górę, niknąc wśród korony, która zapewne była jej domem.
    Nie odeszła jednak daleko, dlatego kiedy padło jego pytanie, Lu odwróciła się. Widząc uśmiech, nie była w stanie go nie odwzajemnić. Ukazując mu rząd białych, prostych dzięki aparatowi ortodontycznemu, zębów skinęła głową.
    - Pewnie.- odparła i zrównała z nim swój marsz, przynajmniej do tej pory, do której pozwalała jej na to ścieżka. Kiedy znaleźli się wewnątrz lasu, poczuła się tak, jakby wylądowała w zupełnie innym świecie. Z wrażenia aż przystanęła. Zadarła głowę do góry, przypatrując się z podziwem temu jak przez drzewa przeciskają się niewielkie łany słońca, jak te mienią się kolorami nadchodzącej jesieni i jak wybarwiają się by opaść na leśną ściółkę. Ziemia pod ciężkimi butami chrupała przyjemnie, kiedy to stawiała za mężczyzną kolejne kroki, a konary drzew pozostawiały na dłoniach zielonkawy odcień i resztki drewna.
    - Nie bardzo.- mruknęła w jego stronę, jednak nie dlatego, że nie dopisywał jej humor. Było wręcz odwrotnie i mężczyzna mógł to dostrzec. W końcu zachowywała się tak, jakby była pierwszy raz tak daleko od cywilizacji. Tak daleko w lesie. Bo faktycznie była. Jej dłonie musiały zahaczyć o dosłownie wszystko. O wielkie kamienie, o fragmenty zbocza czy o wystające i kłujące rośliny nieznanego pochodzenia. Błękitne tęczówki skierowały się w stronę Skauta, a będąc przyłapaną na swoim niecodziennym zachowaniu, zdawała się wyraźnie spąsowieć. Prostując się nieznacznie i zsuwając po ścieżce, ponownie miała okazję znaleźć się obok niego. Klatka piersiowa pracowała prężnie wciskając do jej nosa nowy, nieznany dotychczas zapach.
    - Przez to, że większość czasu byłam chora widziałam raczej niewiele. - złapała się za ramiona plecaka i skierowała wzrok w jego stronę, robiąc lubieżną minę.
    - Ale spokojnie. Nie próżnowałam. Jak typowa nastolatka dawałam się we znaki. Lubiłam się wspinać na różne rzeczy. Głównie budynki, czasem wysokie drzewa.- miała nadzieję, że nie wątpił w jej umiejętności podróżnicze oraz w to, czy da sobie radę, bo ona – choć jej zdrowie się pogarszało- tak dziś miała wrażenie, że nic nie będzie w stanie jej zatrzymać.
    - Wiem, brzmi dziwnie. Taka stara, a nie była w lesie.- dodała pospiesznie, wywracając przy tym oczami i przeskakując jeden z większych kamieni, który stanął im na drodze.
    - Byłam. Ale nigdy na wycieczce. I nie tak daleko. Ugh.- odwróciła głowę do tyłu, jakby obawiając się, że ktoś za nimi idzie, kiedy to potknęła się o jeden z nieszczęsnych korzeni, które znalazły się na drodze. Ręka od razu powędrowała w stronę najbezpieczniejszej przystani, jaką było ramię Cartera. Niepewnie zacisnęła ją na jego bicepsie, hamując swoje ciało przed upadkiem.
    _________________
    Someone asked me to describe home and I started talking
    About your hair colour and
    The sound of your voice and
    The taste of your lips and
    How your skin feels
    Until I realised
    They had expected a place
     
     
    Liam Carter



    35

    urodzenia
    w sweetwater od?

    właściciel farmy
    zajęcie

    Już sam nie wie co i do kogo
    uczucie

    Liam Carter

    gentleman jack

    Wysłany: 2018-10-11, 18:22   
       IMIE / NICK: To ja
       MULTIKONTA: Bill Colby


    Był świadomy tego, że Lucille przez lata walczyła z chorobą. Nie wiedział jednak o tym, w jak dużym stopniu ta walka wpływała na jej życie. Determinowała je. Pomimo tego, że młodsza siostra przyjaciela mieszkała u niego już od kilku tygodni, jakoś nie dowiedział się w tym czasie na jej temat wielu nowych rzeczy. A to, co jakimś cudem zdołał odkryć, było raczej wynikiem własnych obserwacji, niż prowadzonych wspólnie rozmów. Tych w końcu nie prowadzili przecież nazbyt często. Zwłaszcza w ciągu ostatniego tygodnia. Każde z nich wiodło tutaj swoje własne życie i zajmowało się przede wszystkim swoimi sprawami. Zwłaszcza Carter, który był człowiekiem praktycznie zawsze czymś zajętym. Nie potrafił długo usiedzieć na tyłku, zawsze będąc w stanie znaleźć coś, w co mógłby włożyć ręce. Aktywny - tym jednym słowem można było określić mężczyznę, który aż nazbyt często działał Palmer na nerwy.
    Słysząc o tym, iż z racji na chorobę, dziewczyna widziała raczej niewiele, skinął tylko głową. Nie wiedział, jak inaczej miałby na to zareagować. Powiedzieć, że mu przykro? Raczej wątpił, żeby chciała to usłyszeć z jego strony. Choć oczywiście przykro mu było, bo i przez chorobę naprawdę dużo przegapiła; straciła. Ale skoro teraz było z nią lepiej, to powinna chyba zacząć korzystać z życia? Spróbować tego wszystkiego, od czego zmuszona była niestety trzymać się z daleka.
    - Lucille Palmer, zmora strażaków z Knoxville? - Zapytał, a przed oczyma stanął jej widok Lucille, jako małego kociaka, którego z drzewa musiał zdjąć rozbawiony, miejscowy strażak. W końcu nie raz w telewizji pokazywano, jak mężczyźni ratowali biedne, uwięzione, przerażone zwierzątka. Ludzie się nad tym w końcu rozczulali. Wątpił jednak, żeby Lucille była przerażona. Był skłonny uwierzyć, że faktycznie dawała się wszystkim nieźle we znaki. Miała w sobie pewną iskrę, nawet jeśli sama nie do końca to zauważała.
    - Następnym razem wybierzemy się w inne... - Zaczął mówić, jednocześnie zastanawiając się nad tym, w jakie inne miejsce mógłby ją zabrać, kiedy ta nagle potknęła się o wystający korzeń. Zdecydowanie była za bardzo rozproszona przez wszystko to, czemu mogła się po drodze przyglądać. Z jednej strony rozumiał, że mogło przyciągać to jej uwagę, z drugiej trochę się jednak zirytował. A gdyby sobie teraz coś zrobiła? Albo gorzej - gdyby przytrafiło jej się coś, kiedy już znajdą się o wiele dalej od początku tego szlaku oraz auta? Przecież znajdywali się właśnie w miejscu, w którym telefony traciły zasięg! Miałby problem z tym, aby wezwać pomoc. - Ostrożniej, Palmer. Musisz bardziej na siebie uważać.
    Oczywiście, kiedy ta się go chwyciła, coby powstrzymać się przed upadkiem, instynktownie ją złapał i pomógł odzyskać równowagę. Mimo, iż zwrócił jej uwagę na to, że musi być ostrożniejsza, to jednak nie brzmiał na złego, czy też poirytowanego. Za to na zmartwionego, to i owszem. Był w końcu teraz za nią odpowiedzialny. I świadomość tego na niego spadła dokładnie w tej chwili, kiedy ta przyznała się, iż po raz pierwszy jest w lesie i udaje się na taką właśnie wycieczkę. Miał nawet lekkie wyrzuty sumienia w związku z tym, że nie wywiedział się tego wcześniej. Taki stary, a taki głupi!
    Kiedy wreszcie Lucille odzyskała równowagę, ruszyli dalej. Chwilowo droga była w miarę równa, do tego nieco szersza, a i korzeni zdawało się być mniej. Jak długo jednak miało to trwać? Jeśli Carter dobrze pamiętał, to był to odcinek zaledwie nastu metrowy.
    - Skoro tak mało widziałaś, to może następnym razem moglibyśmy udać się nad wodospad? Nawet w następny weekend, jeśli tylko pogoda nam dopisze. - Zapytał, spoglądając w bok, jako że chwilowo dane było im iść ramię w ramię. Pomysł pojawił się nagle, pod wpływem wcześniejszych słów dziewczyny. Naprawdę chciał to zrobić. Zwłaszcza, że sam bardzo lubił spędzać czas na łonie natury. Znacznie bardziej niż siedzieć w domu przed telewizorem. Nie zawsze miał jednak ku temu możliwość i czas. Lucille zaś stanowiła w tym miejscu doskonałą wymówkę. Robiłby to dla niej. Mógł się tym właśnie przed sobą usprawiedliwić z powodu kolejnego, wolnego dnia. Bo przecież musiał pracować. Farma sama nie wyprowadzi się na prostą, długi również się same nie spłacą. Czasami zdawało mu się, że znów był niewolnikiem tego miejsca. Ale na całe szczęście nie miałby serca, aby ponownie to wszystko rzucić w cholerę i wyjechać ze Sweetwater. - Za następnym zakrętem znów zacznie się nierówny odcinek i ścieżka się zwęży. Będziesz musiała iść przodem, przede mną.
     
     
    Lucille Palmer 



    25

    Września
    w sweetwater od?

    Pomagam na farmie Skauta
    zajęcie

    I nawet nie chcę chcieć nikogo, oprócz Niego
    uczucie

    Lu Palmer

    tennessee honey

    Wysłany: 2018-10-11, 19:22   
       IMIE / NICK: Lu
       MULTIKONTA: Carol Colby


    Liam zdawał sobie sprawę z naprawdę niewielu rzeczy, jakie dotyczyły jego towarzyszki podróży. Bo o ile mógł wiedzieć, że choroba ukształtowała jej charakter, tak na pewno nie miał pojęcia jak bardzo to wszystko jej ciążyło i było męczące. Jak każdy dzień pozbawiony był nadziei i jak wszystko wydawało się szare i ponure. Nie cieszyło i przypominało raczej najdłuższy deszczowy dzień, podczas którego zdarzały się incydentalne przebłyski słońca. To wszystko jednakże było niczym w porównaniu z tym, że postanowiła zataić przed nim fakt, że wyzdrowiała tylko na chwilę. Cieszyła się zdrowiem może ze trzy, albo i cztery lata, kiedy to białaczka postanowiła powrócić i znów przejąć kontrolę nad wszystkim wokół. Znów była tą chorą dziewczyną od Palmerów, znowu sąsiedzi zaczepiali ją w okolicy, wciskali swoje dobre rady. Przytulali ją i mówili, że będzie dobrze, chociaż nie było i wcale się na to nie zapowiadało. Nienawidziła tych dwóch słów, którymi otaczał się każdy, kto stykał się z nią oraz z jej skorupiastym przyjacielem. Nienawidziła tego, jak to była jedyna rzecz, którą potrafili jej powiedzieć, chociaż wcale się o to nie prosiła. Nie potrzebowała współczucia, ani dobrych rad. Informacja o nawrotach choroby zwalała z nóg, ludzie dostawali małpiego rozumu i nie potrafili się zachować.
    Kiedy się dowiadywali ich świat na chwilę zatrzymywał się w miejscu, a potem znowu zaczynał istnieć, jednak już nic nie było takie samo. Nie patrzyli tak, jak jeszcze przed sekundą, uciekali od normalności, skupiając się na rzeczy, na której nie chciała skupiać się ona. Nie pozwalali jej zapomnieć.
    Słysząc jego pytanie, parsknęła krótko i pokręciła głową, robiąc kolejny krok do przodu przez większy konar, po czym przyspieszyła kiedy zaczęli schodzić w dół.
    - Raczej policji.- odparła, bo przecież nigdy na żadnym z drzew nie utknęła. Nie miała kłopotów by zejść z czegoś, gdzie parę minut temu postanowiła się wdrapać. Żaden budynek w pobliżu domu, a później i w całej miejscowości nie stanowił dla niej problemów. Lubiła wspinać się głównie na dachy budynków na obrzeżach, aby móc obserwować niebo i nad ranem powrócić do domu. Szła przez chwilę w całkowitym milczeniu, wsłuchując się w pracę swojego ciała, tego jak oddycha oraz kroki dobiegające tuż za nią. Równy krok marszu nie sprawiał dla niej trudności, jednak był to ledwie początek drogi. Mogła przekładać swoje siły na zamiary i w pewnym momencie zapewne zostanie zmuszona do tego, aby zwolnić. Liczyła na to, że Skaut zrzuci to na rzecz jej mieszczańskiego trybu życia i nie połapie się, że działo się z nią coś ciekawego. Wątpiła jednak, aby był jakoś szczególnie spostrzegawczy, ani by w ogóle go to interesowało. Nigdy nie pytał, nie zdawał się też jej jakoś przyglądać.
    - W pewnym momencie zaczęli żartować, że chyba przejdziemy na ty- dodała, kiedy przypomniała sobie, jak eksplorowała jeden z opuszczonych domów i jeden z wystraszonych sąsiadów wezwał pomoc, obawiając się jakiegoś rzezimieszka. W przeciwieństwie do brata, to ona dawała się bardziej wszystkim we znaki. Być może spowodowane było to tym, że na wszystko przymykano oko, a być może dlatego, że rozpaczliwie chciała coś zrobić. Zaistnieć w świecie i zapaść komuś w pamięć. Stać się użyteczną dziewczyną, a nie dziewczyną chorą na raka. Gdyby miała kiedyś możliwość, a w co szczerze wątpiła, tak chciałaby wyruszyć w góry. Na kilka dni. Nie musiałby być to jakiś najwyższy szczyt. Wystarczyłyby jej mniejsze, gdzie źródła były czyste i lodowate, w strumieniach pasłyby się pstrągi lub łososie, a powietrze byłoby tak czyste, że aż rozpierałyby płuca podobnie jak leki dla astmatyków.
    Nocowałaby wtedy pod namiotem i wgapiała się w rozgwieżdżone niebo, które zapewne wyglądałoby całkowicie inaczej niż w otoczeniu aglomeracji, być może przypominając nos rudowłosej dziewczyny, który byłby upstrzony piegami. Szukałaby znanych sobie konstelacji, uczyła się nowych. Lub też po prostu gapiła się w górę i nie myślała. Po prostu by żyła.
    - Nic mi nie będzie jak się przewrócę, Carter. Panikujesz jak mała dziewczynka.- odparła na jego przejaw troski, skupiając się na tym, co mieli przed sobą. Nie potrzebowała kolejnej panikary w postaci męskiej niani. Być może to właśnie to sprawiało, że zwlekała z tym, aby mu powiedzieć. To, jak i fakt, że nie dogadywali się zbyt dobrze. Ich wspólne dni należały do tych cichych, gdzie żadne niewiele się odzywało, a jeśli już, to tylko po to by wszcząć awanturę.
    Zwolniła kroku, widząc kolejną przeszkodę na ich drodze, jaką było powalone drzewo o raczej cienkiej i prostej do pokonania średnicy. Lu instynktownie podeszła w stronę, w którym znajdowało się ono najbliżej ziemi i wsunęła się na nie tyłkiem, by zaraz przełożyć przez nie nogi. Odczekała, aż Carter zrobi to samo i ruszyła dalej, zgodnie z jego zaleceniami. Szła przodem, niewiele robiąc sobie z komarów, czy niewielkich, aczkolwiek wciąż potrafiących dać się we znaki pokrzyw.
    - Nie paliłam też cracku i nie uprawiałam seksu grupowego. To też dodasz do listy zadań?- zażartowała, rozkładając ręce by utrzymać równowagę, kiedy to jedna z nóg osunęła się w dół zbocza przez błoto.
    - Moglibyśmy się faktycznie tam przejść. Szkoda, że zima w Tennessee nie jest jakoś szczególnie mroźna.- mruknęła nieco ciszej, kiedy przypomniały jej się zmrożone lodowe sople na zdjęciach z jakiejś części Europy – bodajże Skandynawii. Może Daniel pożyczyłby jej aparat? Kto wie, może jakimś cudem udałoby się jej nakłonić go do udostępnienia czegoś, czego Palmer nie zepsuje.
    _________________
    Someone asked me to describe home and I started talking
    About your hair colour and
    The sound of your voice and
    The taste of your lips and
    How your skin feels
    Until I realised
    They had expected a place
     
     
    Liam Carter



    35

    urodzenia
    w sweetwater od?

    właściciel farmy
    zajęcie

    Już sam nie wie co i do kogo
    uczucie

    Liam Carter

    gentleman jack

    Wysłany: 2018-10-12, 20:07   
       IMIE / NICK: To ja
       MULTIKONTA: Bill Colby


    Może i faktycznie nie poświęcał dotychczas szczególnie dużo uwagi osobie Lucille, aczkolwiek nie znaczyło to wcale, że był osłem, ktory nie zauważał tego, co było aż nadto widoczne. Zwłaszcza jeśli działo się tuż przed jego nosem. A zresztą... darujmy sobie może jednak te wszystkie bzdury. W końcu kogo my tutaj próbujemy oszukać? I po jaką cholerę? Liam Carter może i był człowiekiem pomocnym oraz godnym zaufania, ale niekiedy również ślepym niczym kret. Zwłaszcza, że bardzo często było mu po prostu o wiele wygodniej pozostawać człekiem ślepym oraz głuchym, niż zmierzyć się z sytuacją, która z jakiś powodów mu nie odpowiadała. Wolał odwlekać to w czasie - tak długo, jak tylko się dało. Jak to robił dla przykładu w kwestii Ethana Hayesa oraz swojej siostry, gdzie przecież cała ta sprawa śmierdziała na kilometr. Udając jednak, że ufa im obojgu i wierzy, miał przynajmniej trochę świętego spokoju. No i koniec końców był pewien, że gdyby coś potoczyło się bardzo nie tak, to jednak siostra zwróciłaby się do niego po pomoc. Tej pewności nie miał niestety w przypadku Lucille, która nawet nie znała go od tej strony, co inni. Nie widziała w nim człowieka, do którego mogłaby zwrócić się o pomoc, gdyby tylko zaistniała taka potrzeba. Wolała zachować dystans i pewne sprawy przed nim po prostu zataić. Niestety, gdyby doszło teraz do jakiegoś nieszczęścia, jego brak wiedzy odnośnie nawrotu choroby mógłby jej tylko i wyłącznie zaszkodzić. Jeśli by o wszystkim wiedział, z całą pewnością zwracał by na nią większą uwagę. Inaczej się względem niej zachowywał. Może nawet trochę ją ograniczył. Zrobił właśnie to, czego się ona obawiała. Wracamy więc do punktu wyjścia. Ona jest chora, a on o niczym nie wie, ponieważ dziewczyna chce wieść tutaj w miarę normalne życie. Niestety, jej życie normalnym jednak nie jest i może nawet nigdy się już takim nie stać.
    Na szczęście nawet niczego nieświadomy Carter, był człowiekiem z natury wobec innych opiekuńczym. Wspólna wyprawa nie powinna więc okazać się dla niej szczególnie wyczerpującym przeżyciem, jeśli oczywiście faktycznie tego dnia czuła się aż tak dobrze, jak sama uważała. Cała wycieczka została przez niego zaplanowana przy uwzględnieniu kilku postojów, kiedy to będą mogli coś zjeść, napić się i nieco zregenerować siły. Nawet jemu takie przerwy były od czasu do czasu potrzebne, choć kondycje miał nie najgorszą.
    - Myślę, że nawet panikując nie przypominam małej dziewczynki, Palmer. - Odpowiedział jej, jednocześnie posyłając takie trochę wyzywające spojrzenie. Zaprzeczysz, Lu? Wątpie w to. Po chwili jednak spoważniał i dodał jeszcze kilka słów. Mimo wszystko uważał, że jest to konieczne, skoro ona zdawała się nawet o takiej możliwości nie pomyśleć. No ale człek często mądry jest dopiero po szkodzie, prawda? Zapewne gdyby doszło teraz do wypadku, chociażby niegroźnego z reguły skręcenia kostki, następnym razem Lucille już nieco bardziej by na siebie uważała. - Na tym szlaku ciężko o zasięg, gdybyś sobie coś zrobiła, to mielibyśmy problem ze sprowadzeniem pomocy.
    Gdyby zechciała sprawdzić prawdziwość jego słów i wyciągnęła telefon - albo z racji na obecny stan swojego urządzenia poprosiła, aby pokazał jej na swoim, że faktycznie zasięg jest tutaj kiepski - zapewne okazałoby się, iż mężczyzna miał racje. Bo nawet jeśli momentami dało się tutaj złapać tę jedną, maksymalnie dwie kreski... to przez większą część trasy było się praktycznie odciętym od świata. Taki to urok miejsca, do którego ją zabrał.
    Kiedy usłyszał o tym, że nie paliła nigdy cracku, ani też nie uprawiała seksu grupowego, z ust wydobyło mu się ciche prychnięcie. Najwyraźniej musiał uznać to za szalenie zabawne. Bo przecież były to rzeczy, których każdy powinien spróbować w swoim życiu! Póki nie będziesz miała swojej randki z narkotykami i nie zaliczysz co najmniej połowy miasteczka, nie możesz niestety stwierdzić, że naprawdę żyjesz. Prawda? On sam żadnej z tych rzeczy nie zrobił. No dobra, zdarzyło mu się z raz czy dwa mieć styczność z trawką, ale do niczego więcej nie doszło. Nie ciągnęło go. Wcale a wcale. A i nie byłby pewien, czy trójkąt można już podciągnąć pod seks grupowy...
    Maszerowali może jeszcze z 20 minut, kiedy trafili do pierwszego z czterech miejsc, gdzie mieli się zatrzymać w celu odpoczynku. Powalone drzewo, znajdujące się tuż przy ścieżce, idealnie nadawało się do tego, aby na nim usiąść. Pozwolić odpocząć nogom. W końcu siły trzeba było oszczędzać. Zatrzymawszy się zdjął plecak z ramion, położył przed sobą na ziemi i pochylił się, zaglądając do środka. Po krótkiej chwili wydobył z wnętrza litrową butelkę wody, którą w pierwszej kolejności rzucił w stronę Lu. W końcu jest kobietą, powinien więc dać jej się napić, jako pierwszej.
    - Jak nogi? Trasa wynosi około dwie i pół godziny, także nie powinniśmy się przemęczać. Widok będzie tego wart. - Uśmiechnął się do niej, siadając wygodnie na powalonym drzewie i wyciągając przed siebie nogi. - Po drodze będziemy jeszcze przechodzić przez kamienne schody, a z punktu widokowego widać ukrytą częściowo rzeczkę.
    Z samą rzeczką miał bardzo dużo pozytywnych wspomnień, zwłaszcza z czasów gdy był jeszcze młodym chłopaczkiem i odwiedzał to miejsce razem ze swoimi ówczesnymi dziewczynami. Nie był w tym oczywiście osamotniony. Ani pierwszy, ani też ostatni spośród wszystkich tych, którzy uważali, że jest to świetne miejsce na randkę - taką na świeżym powietrzu.
     
     
    Lucille Palmer 



    25

    Września
    w sweetwater od?

    Pomagam na farmie Skauta
    zajęcie

    I nawet nie chcę chcieć nikogo, oprócz Niego
    uczucie

    Lu Palmer

    tennessee honey

    Wysłany: 2018-10-12, 20:39   
       IMIE / NICK: Lu
       MULTIKONTA: Carol Colby


    Gdyby ktoś poprosił ją o przedstawienie Liama w wersji futerkowej, ta bez wątpienia odparłaby, że jest nietoperzem. Nie przez wzgląd na to, że były to urocze stworzenia o słodkich, nieco spłaszczonych noskach, ani tym bardziej, że utożsamiano je z wampirami i samym Drakulą w roli głównej. Dla Lu był niczym nietoperz, bo rzadko kiedy widział co robiła, nie słyszał tego co mówiła, a się czepiał. Czepiał się dosłownie o wszystko, o co tylko mógł. A to zbyt wilgotna szmatka przy zlewie, a to kubki inaczej poukładane. Telewizor z głośno, radio za cicho, przestawiony szampon pod prysznicem i mnóstwo innych pierdół, o których nie pamiętała.
    Jedyne na co nie narzekał, to jej praca. Owszem, potrzebowała kilkunastu dni, aby się wdrożyć i zrozumieć techniki pracy w takich warunkach jak farma, wieś i zwierzęta. Dokumenty miały jednak już swoje miejsce, posegregowane w odpowiednich kartonach i oznaczone, prowadzony był kalendarz i na pulpicie komputera znajdował się porządek. Ludzie nie narzekali na rozmowy z młodą dziewczyną, która z uśmiechem witała ich, nim Liam wychodził im naprzeciw i znikała najszybciej jak tylko mogła. Nie widział również tego, jak jeździła i robiła coraz to większe postępy na przepięknym Palomino. Kłus na lonży nie stanowił już problemu, choć biodra w siodle pracowały zupełnie inaczej niż bez. Upadki zmalały praktycznie do minimum i zamiast lękliwego płaczu, pojawiała się frustracja, że coś nie wyszło. Nie tylko Jim był dumny z tego, że tak dobrze sobie radziła, ale również i ona sama. Pierwszy raz odczuwała względem siebie coś więcej niż złość czy żal, bo przecież najwyższa pora była umierać.
    - Gdyby nie broda, to miałabym zagwostkę, Carter.- odparła mu zaczepnie, w podobnym tonie. Jednocześnie zwróciła się w jego stronę i przymrużyła jedno oko, chcąc go ocenić. Nie uważała go za kogoś, kto był zniewieściały, kobiecy. Według niej Skaut należał do mężczyzn o rozlej budowie, był przystojny i miał prześliczny uśmiech. Przez wzgląd jednak na charakter ich znajomości tylko zacisnęła usta i nie wypowiedziała tego na głos, a jedyne co zrobiła to powróciła do obserwacji otoczenia. Podobał jej się las oraz całkowite odcięcie od świata zewnetrznego, bodźców, które wywierały presję i sprawiały, że nie potrafiła zobaczyć tego jaki świat potrafił być piękny. Nie przeszkadzał jej brak telefonu, odcięcie się od internetu i rodziny, tego wszystkiego, co przypominało jej o tym, że wciąż była chora i umierała.
    Tutaj czuła się tak, jakby to wszystko było jedną, wielką przeszłością. Jakby białaczka nie istniała i nie istniała myśl, ż kiedykolwiek w ogóle mogłaby ją mieć.
    Kiedy wreszcie stanęli, Lucille zamiast usiąść wdrapała się na konar i zaczęła wędrować z jednej strony na drugą. Niepewnie dawała większy krok nad udami Liama, przesuwała się i maszerowała dalej, by zawrócić i wreszcie przykucnęła, otwierając wodę i pijąc kilka łyków. Woda przyjemnie ugasiła żar, który roznieciła wędrówka u boku swojego towarzysza. Kiedy wreszcie zaspokoiła pragnienie, podsunęła ją pytająco w kierunku mężczyzny.
    - Jeszcze daję radę. Pewnie pod koniec będę umierać. - odparła mu wesoło, wyraźnie zadowolona z tego, że tak dobrze jej szło. Słysząc jego instrukcje, Lu skinęła głową.
    - Często wybierasz się na takie wycieczki, Skaucie? Bo jeśli nie masz towarzystwa i wiesz... wytrzymasz ze zmorą z Knoxville, to może...- chrząknęła, odwracając głowę i skubiąc niepewnie skrawki kory.
    - Bardzo mi się podoba ta wycieczka i chyba nie chciałabym, aby była to ostatnia. odparła wyjaśniająco, skupiając się na swoim zadaniu przez kilka chwil, nim wreszcie odważyła się spojrzeć na mężczyznę. Wiele kosztowało ją to. Zaoferowanie siebie komuś, kto przecież miał ją za puszczalskiego gówniarza. Chciała to jednak zmienić. I być może była na dobrej drodze.
    - Brzmi dobrze. Podnoś te swoje stare dupsko i idziemy dalej, co?- zsunęła się, poprawiając plecak na ramionach, jednocześnie rzucając mu wyzywające spojrzenie.
    _________________
    Someone asked me to describe home and I started talking
    About your hair colour and
    The sound of your voice and
    The taste of your lips and
    How your skin feels
    Until I realised
    They had expected a place
     
     
    Liam Carter



    35

    urodzenia
    w sweetwater od?

    właściciel farmy
    zajęcie

    Już sam nie wie co i do kogo
    uczucie

    Liam Carter

    gentleman jack

    Wysłany: 2018-10-13, 15:48   
       IMIE / NICK: To ja
       MULTIKONTA: Bill Colby


    Kiedy tylko Lucille podała mu butelkę wody, również pociągnął z niej kilka łyków, odchylając przy tym nieznacznie do tyłu głowę. Po wszystkim zakręcił ją i otarł dłonią usta. To ostatnie zrobił chyba nawet nieświadomie, już taki musiał mieć nawyk. Jako, że plecak znajdywał się przed drzewem-ławeczką, pomiędzy nogami Liama, mężczyzna szybko zdołał ponownie umieścić butelkę w jego wnętrzu. Zajmując się swoim plecakiem, w dalszym ciągu oczywiście starał się słuchać Lucille, nawet jeśli w tym czasie na nią nie spoglądał. Zdawał się być ponadto całkiem zadowolonym ze złożonej przez nią propozycji, żeby od teraz na takie wycieczki wybierali się wspólnie, we dwoje. Bo choć czasami lubił pokonywać tutejsze szlaki samemu - w pojedynkę - to bywały też i takie dni, kiedy towarzystwem by nie pogardził. W końcu każda istota ludzka w pewnym momencie zaczyna odczuwać potrzebę, aby móc się do kogo odezwać; otworzyć gębę. Taka już nasza natura, zbyt długo nie możemy być samotni (choć w przypadku poszczególnych osobników definicja słowa długo może się naprawdę mocno różnić).
    - Raz, góra dwa w miesiącu, jeśli tylko dopisuje pogoda. - Odpowiedział na zadane pytanie, oderwawszy się wreszcie od plecaka, który ponownie był zapięty. Jednocześnie wyprostował się, unosząc do góry głowę i odwrócił w jej stronę. - Jeśli tylko będziesz się czuła na siłach, to zawsze możesz mi towarzyszyć.
    Następnie wstał, otrzepał się i idąc w ślady dziewczyny, zarzucił ponownie plecak na grzbiet szykując się do dalszej podróży. Cała trasa miała im zająć, jak przed kilkoma minutami informował, około 2,5 godziny, a szli dopiero od jakiś 20-30 minut. Nie za długo. Gdyby Carter szedł sam, zapewne nie zdecydowałby się na przerwę po tak krótkim czasie, jako że nie była mu ona z całą pewnością jeszcze potrzebna. Skoro jednak dla Lucille była to pierwsza tego typu przygoda, zamierzał przypilnować, aby oszczędzała swoje siły. Miał świadomość tego, jakie to było ważne. Jeśli tylko będzie to konieczne, zamierzał ją stopować. Zwłaszcza, że bardzo się rwała do dalszej drogi.
    Zanim dotarli wreszcie do celu - przynajmniej tego pierwszego - zatrzymali się jeszcze 3 razy. Zjedli, napili się, rozmawiali. To ostatnie zresztą robili przez całą drogę, dzięki czemu obydwoje dowiedzieli się na temat tego drugiego, całkiem sporo nowych rzeczy. Zapewne sporo z tego nie pasowało do wcześniejszego obrazu, jaki powstał w ich głowie. Już wcześniej jednak ustaliliśmy, że zapewne był on krzywy - z racji na to, w jakich stosunkach względem siebie do niedawna pozostawali. Ich relacje w końcu nie były najlepsze. Po raz pierwszy punkt widokowy mogli dostrzec z daleka na jakieś 20 minut przed końcem trasy. Aby się do niego przedostać, musieli przedostać się na wyższy poziom za pomocą kamiennych schodów, a następnie pokonać wąską i stromą ścieżkę, która prowadziła już bezpośrednio do upragnionego raju.

    /zt
     
     
    Andrew Powell 
    Beton



    31

    od urodzeniprzerwami
    w sweetwater od?

    leczenie zębów i wyrywanie pacjentek
    zajęcie

    kawaler na wydaniu
    uczucie

    Andrew Powell

    the single barrel

    Wysłany: 2018-11-13, 20:46   
       IMIE / NICK: ProfesorNiczego
       MULTIKONTA: Maddie, Louis


    #1

    Tak jak co dzień, Andrew wybrał się do majestatycznego lasu. Przemierzył z początku sporą drogę przez gęstwiny, by znaleźć się na łagodnym szlaku prowadzącym coraz wyżej i wyżej... Wprawdzie nigdy nie przyznawał się nikomu do podróży w takich miejscach. Kochał tu przebywać, kochał otaczać się przyrodą. Cóż, co można wnioskować po mężczyźnie, który prowadzi własny ogródek i na każdym parapecie każdego okna widnieją u niego piękne, duże kwiaty w złotych, zabytkowych doniczkach. Choć kilkanaście poprzednich lat spędził w zatłoczonych miastach, w których stężenie szkodliwego dymu pewnie wynosiło dwukrotnie więcej niż normy, to i tak czuł się samotny. Nie miał za dużo przyjaciół czy znajomych. Zawsze towarzyski i radosny po przeniesieniu się w nieznane miejsce... zamknął się w sobie. Cóż, wśród ludzi także jest się samotnym. Nawet jeśli wokół są ludzie, osoby, z którymi możemy się zapoznać, cały czas możemy komuś w pełni nie ufać i nie mówić o swoich problemach wewnętrznych. Coraz częściej ludzie skupiają się na materii, na tym, co mogą namacać lub policzyć i powiedzieć, że to ich. Niestety, taki już los świata współczesnego.

    Wyciągnął z pokrowca zawieszonego pod marynarką na jednej z kieszeń flet prosty renesansowy tenorowy. Przyłożył ustnik do ust, ustawił palce w chwycie c¹, co robił prawie od zawsze, nawet jeżeli utwór zaczynał się od innego dźwięku. Później zaczął przekładać palce na dźwięki g, e, c2, h, a, d, e, f, wtłaczając jednocześnie powietrze do ustnika. Przez okienko zaczęły wydobywać się dźwięki, dzięki którym brzmienie w odpowiednim rytmie i kolejności zaczęło nadawać sensu. Był to utwór Johannesa Brahmsa - Kołysanka. Uwielbiał go. Zawsze pasował do leśnej ciszy, która go otaczała. Wręcz gdy zaczynał go wygrywać na fleciku, cały las stawał na baczność, ptaki przestawały ćwierkać, dzikie, leśne zwierzątka podchodziły do niego... Było to jednak tylko wyobrażenie Andrewa.
     
     
    Vanilla Hash 



    27
    w sweetwater od?

    złodziejka
    zajęcie

    strzelec wyborowy
    uczucie

    Vanilla

    Wysłany: 2018-11-20, 20:28   
       IMIE / NICK: Vanka
       MULTIKONTA: -


    #4

    Vanilla niezwykle rzadko przechadzała się po skrajnych obrzeżach Sweetwater. Nie widziała w tym żadnego celu. Ponadto obraz targanych przez wiatr drzew i krzewów na tle zachodzącego słońca nie cieszył jej oczu, jednak tego dnia dopadł ją nostalgiczny nastrój. Tym razem nie potrzebowała towarzystwa nikotynowego dymu i zapachu alkoholu w okolicznym barze, lecz po prostu spokoju.
    Wyszła z domu, aby wypędzić z głowy ponure widma przeszłości, które wyjątkowo nachalnie nękały jej podświadomość. Do uszu włożyła neonowe słuchawki i bez większego zastanowienia ruszyła naprzód. Nie miała konkretnego celu. Chciała jedynie odetchnąć od przeszłości, ale również teraźniejszości, jaka wciąż stała pod znakiem zapytania.
    Vanilla nie pracowała, nie utrzymywała kontaktu z rodziną, a z przyjaciółmi widywała się sporadycznie. Często odwiedzała te okoliczne, pospolite klubiki w mieście, aby ukraść pieniądze jakiemuś nieszczęśnikowi. Rzadziej łapała się roboty na farmie. Nie lubiła tego.
    Gdy minęła kolejne drzewo na szlaku, usłyszała muzykę. Była ona na tyle wyraźna, że przebiła się przez dźwięki, wywodzące się z słuchawek. Mimowolnie wyciągnęła zapory z uszu i instynktownie udała się za podejrzliwie brzmiącą melodią. Nagle jej oczom ukazał się dentysta, Andrew Powell. Wyglądał komicznie z fletem wepchniętym między wargami, otoczony pasem zieleni.
    - Jesteś nawiedzony? - zapytała z ironicznym uśmiechem, po czym zajęła miejsce na jakimś większym kamieniu. Wokoło było niebywale cicho, dzięki czemu Vanilla mogła choć na chwile odsapnąć od wiejskiego zgiełku Sweetwater.
     
     
    Andrew Powell 
    Beton



    31

    od urodzeniprzerwami
    w sweetwater od?

    leczenie zębów i wyrywanie pacjentek
    zajęcie

    kawaler na wydaniu
    uczucie

    Andrew Powell

    the single barrel

    Wysłany: 2018-11-22, 17:21   
       IMIE / NICK: ProfesorNiczego
       MULTIKONTA: Maddie, Louis


    Melodia płynąca powoli z ustnika fletu prostego szybko wprawiła go w trans. Zamknął oczy, wykonując tę muzykę zamykaniem i otwieraniem poszczególnych górnych otworów fletowych przez następne kilka minut, aż do czasu, gdy usłyszał głos panny Hash. Zdziwił się nieco, że widzi ją w tym wstydliwym dla niego momencie. Nie lubił, gdy ktoś niezbyt bliski i niewidziany codziennie patrzy się na niego podczas wykonywania muzyki klasycznej na ukochanym instrumencie. Cóż, stało to się stało, trzeba jakoś przeżyć ten zawstydzający moment. Przestał grać na flecie, gdy skończył ostatnią powtórkę Kołysanki Brahmsa. Spojrzał się na nią głupio, krzywiąc głowę jakby sowa. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Ciężko było mu coś wymyślić. Zaczął bujać nogami na krawędzi skały, wysoko podnosząc brwi w jej stronę.
    - Nie jestem nawiedzony, po prostu jestem przywiązany do tej rzeczy i trudno mi od niej odejść. - zdecydował wolno i głośno odpowiedzieć, mówiąc trochę nie w jej stronę. Cisza tylko wzmagała zawstydzenie w Powellu. Nienawidził mówić o swoich zainteresowaniach i talentach: był raczej skromną osobą, więc chwalenie się takimi rzeczami było dość nieciekawym tematem. A tym bardziej, że ktoś sam widzi, że taką umiejętność ktoś posiada. Chociaż nie jest to jakaś szczególna umiejętność, każde dziecko w wieku -nastu lat potrafiłoby zagrać na flecie w dzisiejszych czasach.
    - Gdzie byłaś, Vanilla? Znowu kradłaś? Nie potrafisz znaleźć pracy? - spytał ją, śmiejąc się. Znał ją. Próbowała już mu ukraść portfel wypchany kilkoma setkami baksów, ale szybko obudził się i nie dał się okraść. Wprawdzie chciał ją zgłosić do szeryfa, ale w sumie nie chciał, żeby taka młoda dziewczyna zmarnowała sobie życie w pace. Teoretycznie nie powinien się z nią zaprzyjaźniać, ale praktycznie - dlaczego nie? Może nie przemyślał tego, że teraz mogłaby poprosić o drobną sumkę, bo "jesteśmy przyjaciółmi", ale zawsze lepsze to niż brak przyjaciół łamane na znajomych.
    _________________
     
     
    Vanilla Hash 



    27
    w sweetwater od?

    złodziejka
    zajęcie

    strzelec wyborowy
    uczucie

    Vanilla

    Wysłany: 2018-11-24, 19:57   
       IMIE / NICK: Vanka
       MULTIKONTA: -


    - Rozumiem - mruknęła, choć tak naprawdę nie rozumiała.
    Vanilla praktycznie do niczego nie potrafiła się na dłużej przyzwyczaić. Nie miała ulubionej sukienki, poduszki czy kubka. Nie wierzyła w zabobony o szczęśliwych przedmiotach, dlatego też żadnemu nie nadała takiego miana. I, co chyba najważniejsze, nie przykuwała wagi do drugiego człowieka. Traktowała ich neutralnie, starając się na większą część masy ludzkiej nie zwracać w ogóle uwagi.
    - Może. - Wzruszyła ramionami. Andrew był jedną z naprawdę nielicznych osób, które przyłapały ją na kradzieży. Zazwyczaj była ostrożna, dokładnie wybierała cel i ostrożnie go realizowała, ale jednego pamiętnego wieczoru po prostu wpadła. Do dziś pamiętała strach, jaki rozlał się w jej sercu oraz zamysł konsekwencji. Na szczęście obeszło się bez szeryfa za co wciąż jest wdzięczna mężczyźnie. W końcu nie każdy wykazałby się takim zrozumieniem na jego miejscu. Albo głupotą. - Nie, że nie potrafię, a nie chcę. To znaczna różnica, Andrew - przypomniała, jednocześnie ostrzegawczo machając palcem.
    Vanilla Hash żyła w Sweetwater jak duch. Bez potrzeby nie wychodziła na miasto; zakupy robiła raz na tydzień, czasem dwa i wegetowała w swoim skromnym mieszkaniu do skończenia zapasów i pieniędzy. Przeważnie nikogo do siebie nie zapraszała, a na święta jeździła do większych miast, aby odbić myśli od rodziny. Nie tęskniła za państwem Hash, choć nie raz i nie dwa zastanawiała się, czy im jej brakowało, czy żałowali, że nie uwierzyli w winne swojego syna.
    Westchnęła głośno i podniosła się na równe nogi.
    - Co u ciebie? Poza tym, że potajemnie spotykasz się w lesie z fletem - zaśmiała się, spoglądając najpierw na instrument Andrewa, a dopiero po chwili na jego twarz. - Nie ma w Sweetwater jakiegoś kółka muzycznego? To miejsce nie może być aż tak pozbawione gustu. Na pewno coś tu musi być, gdzie mógłbyś grać.
     
     
    Andrew Powell 
    Beton



    31

    od urodzeniprzerwami
    w sweetwater od?

    leczenie zębów i wyrywanie pacjentek
    zajęcie

    kawaler na wydaniu
    uczucie

    Andrew Powell

    the single barrel

    Wysłany: 2018-12-01, 09:16   
       IMIE / NICK: ProfesorNiczego
       MULTIKONTA: Maddie, Louis


    - Czyli będziesz żyła na kradzieżach? Pamiętaj, że mogę zawsze pójść do szeryfa. Nie problem znaleźć świadków kradzieży, Hash. - ostrzegł ją. Wiedział, że wystarczy, iż znajdzie kilku obserwatorów, którzy widzieli jej kradzieże, żeby skończyło się jej życie na wolności. Trzeba było tylko czasu i dobrego "stalkera", który wyciągnąłby takowych obserwatorów. Uśmiechnął się szeroko, lecz widać było, że nieszczerze i złośliwie, do niej. Miał ją dosłownie na smyczy.
    - Co u mnie? Nic ciekawego. Z czego Ty się ciągle śmiejesz? - zirytował się delikatnie. Van chyba uwielbiała szczycić się ignorancją dla sentymentalnych rzeczy, oczywiście w jego przekonaniu. Zapewne rozniesie po całym mieście, że stomatolog gra na flecie, czy tam klarnecie, w lesie, w ukryciu, wśród porannej ciszy. Tym jeszcze bardziej się zdenerwował, ale w sumie - co mu szkodziło? Może wyjdzie na lepsze? Ale znał Van już trochę: zapewne podkoloryzuje wersję, żeby trafiła na którąś ze stron lokalnej. Czuł aż za dobrze, że tak się stanie.
    - Nie słyszałem o kółku muzycznym, ale może pora, żebyś ty założyła kółko złodziejek? - dorzucił do pieca. Uwielbiał jej dogryzać, była chyba jedyną osobą, która za takie dogryzki by się nie obraziła. A może się obrazi? Sam już nie wiedział, uważał, że nie jest osobą zmienną, mającą humorki, łatwo zmieniającą zdanie i emocje w środku. Sądził, że Van jest odporna na takie rzeczy.
    _________________
     
     
    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  



    Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 5